niedziela, 22 marca 2015

historia pewnego pałacu...

Obiecałam w poprzednim wpisie, że opowiem Wam, dlaczego mój sobotni plan nie został w pełni zrealizowany...
Otóż zatrzymałam się przy pewnym pałacu. Brama była zamknięta, ale furtki nie było wcale, więc jak zazwyczaj weszłam na teren parku. I cóż zobaczyłam? Przepiękny pałac z okrągłą wieżą na jednym z narożników. Przez okna jednego z pokoi przeświecało akurat słońce i wyglądało to zjawiskowo.

 
Chodzę dookoła, podziwiam i oglądam, a tu spośród krzaków wychodzi starszy pan. Mówię dzień dobry, pan zagaduje. I tak, od słowa do słowa, okazuje się, że pan Stanisław jest właścicielem majątku!
Więc na kilku słowach się nie skończyło, pan Stanisław oprowadza mnie po ogrodzie, pokazuje trzy drzewa orzechowe, które jego rodzice zasadzili, gdy rodziły im się dzieci. Były cztery, ale jedno zostało wycięte za komuny, gdy zbudowano nową hydrofornię (podczas, gdy starą zniszczono). Pokazuje starą spiżarnię, zbudowaną z cegieł robionych na wzór angielski (większych niż nasze współczesne), w której dwumetrowy człowiek może spokojnie stać wyprostowany.
Pokazuje ogród, gdzie za komuny powycinano wiele drzew, by posadzić świerki. Niektóre z tych starych drzew, które ocalały, chylą się już ku ziemi. W kilka uderzyły pioruny. No ale żal je likwidować. Obok jest i staw, a raczej to, co z niego zostało. Staw był kiedyś głęboki na sześć metrów i pływały sobie w nim nawet karpie (na wigilię były jak znalazł). Aż tu za komuny, gdy w odwiedziny przyjechał Gierek, staw zasypano do półtora metra i teraz trzeba by go pogłębić i porządnie oczyścić.
A jak powstał staw? Otóż w jego pobliżu jest pagórek... który chowa grobowiec dziadków Rzewuskich. Żona pana Rzewuskiego (który miał chodowlę arabów), po jego śmierci usypała pagórek, żeby jakoś go ładnie w park wkomponować (grobowiec znaczy, nie pana Rzewuskiego, choć jego pośrednio też ;) ). Tak powstał staw.
Pan Stanisław chciał być lotnikeim, skończył nawet szkołę, ale nigdy nie udało mu się polecieć... Komunistyczna rzeczywistość skierowała go w zamian na Śląsk, gdzie pracował w kopalni. Był też na emigracji, wiele podróżował (Chiny, Tunezja, Kazachstan, żeby wyemienić tylko kilka). O dawnych czasach i osobistych losach nie chce za bardzo mówić, widać, że niekoniecznie są to dobre wspomnienia...

 
W końcu pan Stanisław zaprasza do pałacu. Za czasów komuny był tu hotel, wielkie reprezentacyjne pokoje zostały podzielone na wiele mniejszych, na górze pobudowano łazienki. Na dole był pokój do przyjmowania gości i sala balowa i pokój myśliwski i najpiękniej ozdobiony pokój z kominkiem z indyjskiego marmuru.
Dziś po tych wspaniałościach została pustka, gołe ściany i betonowe podłogi, ale gdy tylko przyknęłam na chwilę oczy, potrafiłam sobie wyobrazić to dawne życie. Polowania, tańce, flirty... Ech...
Pan Stanisław jest rozgoryczony stanem, w jakim komuna pozostawiła po sobie majątek... I wcale się nie dziwię, z pałacu zostały właściwie tylko mury, bo resztę rozkradziono. I żeby doprowadzić go do jako takiego stanu, potrzeba by małej fortuny... Więc pan Stanisław żyje bardzo skromnie, własnymi siłami porządkuje ogród, sadzi nowe drzewka i próbuje ochronić to, co jeszcze z jego rodzinnego domu zostało... A nie jest to łatwe, gdy sąsiedzi przychodzą i próbują zwędzić cokolwiek, a to parapety, a to kosiarkę, a to rozebrać na cegły kolejne kawałki muru chroniącego posiadłość, z którego została już tylko niewielka część...
Kurcze felek, dlaczego tak często wstyd mi za innych ludzi?! Pałaców w takim i gorszym stanie widziałam już wiele...
Pogawędkę kończymy na górze, na słonecznym tarasie, na który wychodzi pokój śniadaniowy, zajadając czekoladki. Pan Stanisław mówi, że pałac jest na sprzedaż... Pytam, czy mu nie żal, bo to przecież jego rodzinny dom. Mówi, że mieszkanie ma na Śląsku, że chciałby jeszcze podróżować. Ale mina mówi sama za siebie, że żal, to przecież oczywiste... Cóż, życie nie jest łatwe...


Na koniec jeszcze wchodzimy na wieżę, która niegdyś służyła do obserwacji pól. Dziś już pól za bardzo nie widać przez drzewa, które tak wysoko urosły. W wieży było też miejsce dla orkiestry, która przygrywała podczas bali do tańca. Akustyka jest super. Na górze jest jeszcze jeden pokój, w którym orkiestra mogła odpocząć. A z wieży można wyjść na dach, świeżo pokryty papą.
Przed pałacem rosną cisy i są resztki dawnej fontanny... I biega piękny czarny kot.
W sumie spędziłam w pałacu chyba ze cztery godziny. Warto było, żeby usłyszeć te wszystkie opowieści! Takie chwile bardzo sobie cenię, ludzi, których spotykam przypadkiem, a którzy snują opowieści... I wiem, że zapamiętam je na długo, tak jak starszego pana zawiadowcę z pewnej nieczynnej juz stacji kolejowej, który wbrew wszystkim i wszystkiemu mówił, że jest szczęśliwy :)
I po to też ten post. Żeby ocalić takie chwile od zapomnienia...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

witaj,
dziękuję za odwiedziny i komentarz. wszystkie są mile widziane :)